Mam już dość!
Lipiec 8th, 2010 by admin
Na CNN znalazłem krótkie zestawienie symptomów zmęczenia podróżą. Oto ono:
http://www.cnngo.com/8-signs-youve-got-travellers-burnout-226569?hpt=Sbin
My “europejskiego” (czytaj – McDonald, KFC, Pizza Hut;)) jedzenia zaczęliśmy szukać już na wczesnym etapie, w Indiach – ale to ze względu na moją chorobę i na ubogą ofertę indyjskich spelun (ile można żreć soczewicę?!?). Niestety w Indiach nawet hamburger nie smakuje jak trzeba – jest z wieprzowiny i przyprawiony masalą. Za to tak pysznej Coca Coli jak w rozgrzanym niczym gliniany piec Bombaju nie piliśmy nigdy wcześniej i nigdy potem.
Potem mały kryzys przyszedł w Tajlandii – głównie ze względu na znudzenie plażą i palmami – teraz brzmi komicznie ale wtedy mieliśmy dosyć.
Prawdziwe znużenie dopadło nas w Wietnamie. Nawet jak teraz patrzę na wpisy z tamtego okresu widzę, że zmienił się ich ton – na bardziej pesymistyczny, pozbawiony entuzjazmu. Przestały nas kręcić świątynie (za to na widok katedry w europejskim stylu ryknęliśmy z zachwytu),a co gorsza zaczęli męczyć ludzie (ale to chyba bardziej wina napotkanych Wietnamczyków niż naszego nastawienia).
To wszytko minęło, gdy w deszczowy poranek, piechotą przekroczyliśmy granicę Chin. Znowu podekscytowani, ze szczerym uśmiechem witaliśmy każdy dzień. Znowu zaczęliśmy marzyć o dłuższym pobycie, o zwiedzaniu odległych zakątków kraju. Zakochaliśmy się w chińskich miastach, jedzeniu, tradycjach.
A potem wróciliśmy do Polski – nie z okrzykiem “nareszcie w domu” a z zamiarem jak najszybszego ruszenia w dalszą drogę.
Ten plan ani trochę nie stracił na aktualności.
Posted in Wieści z drogi | Comments (1)
So much to see
Czerwiec 25th, 2010 by admin
http://www.wimp.com/countriessing/
Posted in Wieści z drogi | Comments (0)
Lista lektur
Kwiecień 2nd, 2010 by admin
Kto czyta nie błądzi. A w drodze czasu na czytanie nie brakuje. To zresztą jedna z ogromnych zalet podróżowania – czas, na rzeczy, na które nigdy nie ma czasu.
Czyta się przede wszystkim w trakcie przemieszczania – w autobusach, w pociągach, na promach. Z książką w dłoni nawet najbardziej uciążliwa podróż staje się bardziej znośna – czas płynie szybciej, kości mniej bolą.
Książki mają jednak jedną poważną wadę – Wagę, nierzadko sporą. Na szczęście w Azji nie trzeba targać ze sobą prywatnej biblioteki – na początek wystarcza jedna, angielskojęzyczna książka. Ukończoną wymienić można w niemal każdej księgarni. W Indiach niekiedy sztukę za sztukę, w pozostałych krajach dwie za jedną. Ten system bibliotecznych lumpeksów odciąża plecy i nie pozwala się nudzić.
A oto lista lektur, które udało nam się połknąć na trasie:
Grisham – The Associate
Grisham – A Time To Kill
G. Grass – Cat and Mouse
John Irving : The World According To Garp
John Irving: 158 Pound Marriage
Louis de Bernieres: Birds without wings
Salman Rushdie: The Ground Beneath Her Feet
David Attenborough: Life on air
Stanisław Lem: Ciemność i pleśń
Max Cegielski: Masala
Dean Koonz: Intensity
Ken Follet: The Pillars Of The Earth
Stephanie Meyer: Twilight, New Moon, Eclipse, Breaking Down
J.K Rowling: Harry Potter: 2-5
Ian McEvan: Attonement
R Ludlum: Bourne Identity
J. Clarkson: I Know You’ve Got Soul
John Updike: Rabbit, Run
Posted in Wieści z drogi | Comments (0)
Dezorientacja
Kwiecień 2nd, 2010 by admin
To już miesiąc od powrotu. Dopiero miesiąc. Czas spędzony w bezruchu dłuży się i ciągnie. Na rodzinne powitania, spotkania z przyjaciółmi, przeglądanie zdjęć wystarczyło kilka dni. Resztę czasu zajęło nam nicnierobienie. Po pięciu pisanych wierszem miesiącach wracamy do prozy życia.
Ale głowy wciąż odwracamy do tyłu, obrazki z niedalekiej przecież przeszłości stają przed oczami, wspomnienie goni wspomnienie. Zabawa w skojarzenia – wystarczy zapach, dźwięk, kolor żeby myśl poszybowała niedaleko wstecz i daleko na wschód.
Za domem zatęskniłem dopiero w którymś z rzędu kraju, po kilku miesiącach w drodze. Tęsknota za wschodem pojawiła się natychmiast, w chwili powrotu.
„Disorientation. Loss of the East” S. Rushdie
Posted in Wieści z drogi | Comments (0)
10.03 Into the wild
Marzec 11th, 2010 by admin
Czyli w dzicz. Nie, nie z dziczy. W dzicz. Wracając z Azji do Polski trafia się do kraju dzikiego.
Powrót odbywał się przez minione dwa dni. Najpierw nocnym pociągiem pomknęliśmy z miejscami urokliwego Kijowa do bezapelacyjnie i w całości pięknego Lwowa. Tam, już w towarzystwie taty Ewy pospacerowaliśmy po cienistych brukowanych uliczkach, pozadzieraliśmy wysoko głowy oglądając dziesiątki kościelnych wież i finezyjnie zdobionych kamienic, wypiliśmy świetna Latte w gustownej kawiarni. Po zakupach w hipermarkecie (wino, piwo, wódka, kwas chlebowy) ruszyliśmy ku granicy “cywilizowanego świata”, ku Unii, ku Polsce. Podróż szła opornie. Trochę za sprawą dróg tak dziurawych, że w porównaniu nawet te w Indiach wypadają nieźle. Trochę przez policjantów biorących w łapę chętniej niż ich kambodżańscy koledzy po fachu. Jednak na przeszkodę godną wytrwałego podróżnika natrafiliśmy dopiero na przejściu granicznym.
Kolejka liczyła sobie już kilkadziesiąt aut i rosła w oczach. Nastawiliśmy się na dwie godziny czekania. Skończyło się na sześciu. Zawinił nie kto inny, a celnicy z Polski. Ci ukraińscy to bezczelni łapówkarze ale przynajmniej za tych 5 czy 10 hrywien każdemu dadzą spokój, demokratycznie. Nasza celnicza arystokracja ma chyba wyższe stawki bo poza polską kolejką przemykały się tylko samochody duże, czarne i klasy S. Reszta z nas stała i przeklinała przez zaciśnięte zęby. Kontrole ciągneły się w nieskończoność. Opukiwanie karoserii, oglądanie zawartości toreb, macanie kół zapasowych. Wszystko po to, by znaleźć nadprogramową paczkę papierosów czy butelkę wódki, podczas gdy obok, w autach zawodowych przemytników z układami i znajomościami płynie wartka rzeka alkoholu i nikotyny. Na szkodę pana, pani, społeczeństwa.
Celnik, który kontrolował nasz samochód zaczął dopytywać się o zawartość zaległych w bagażniku plecaków. Na moje zapewnienia, że skoro przeszły kontrolę na kijowskim lotnisku to pewnie sprostają również wymaganiom naszych pograniczników rzucił: “Nie wiadomo, tu jest prawo, tam jest Ukraina, dziki kraj.”. Swego nie znacie, cudze ganicie. Prawda jest taka, że na żadnej granicy nie staliśmy tak długo jak na ukraińsko-polskiej a więcej uprzejmości zaznać można od celników chińskich niż od dzielnych obrońców naszego pogranicza.
Na szczęście to koszmarne pierwsze wrażenie udało się już zatrzeć. Były łzy na powitanie, było niewiarygodnie pyszne jedzenie, mocne słodkie domowe wino. Szumi nam od niego w głowie, ale nie tylko od niego. Jesteśmy skołowani karuzelą wrażeń, kręcimy się w wirze wspomnień, nie wiemy gdzie się podziać, nosi nas po kątach. Po pięciu miesiącach i sześciu dniach w ciągłym ruchu trudno jest się nagle zatrzymać…
Posted in Wieści z drogi | Comments (6)

