10.03 Into the wild
Czyli w dzicz. Nie, nie z dziczy. W dzicz. Wracając z Azji do Polski trafia się do kraju dzikiego.
Powrót odbywał się przez minione dwa dni. Najpierw nocnym pociągiem pomknęliśmy z miejscami urokliwego Kijowa do bezapelacyjnie i w całości pięknego Lwowa. Tam, już w towarzystwie taty Ewy pospacerowaliśmy po cienistych brukowanych uliczkach, pozadzieraliśmy wysoko głowy oglądając dziesiątki kościelnych wież i finezyjnie zdobionych kamienic, wypiliśmy świetna Latte w gustownej kawiarni. Po zakupach w hipermarkecie (wino, piwo, wódka, kwas chlebowy) ruszyliśmy ku granicy “cywilizowanego świata”, ku Unii, ku Polsce. Podróż szła opornie. Trochę za sprawą dróg tak dziurawych, że w porównaniu nawet te w Indiach wypadają nieźle. Trochę przez policjantów biorących w łapę chętniej niż ich kambodżańscy koledzy po fachu. Jednak na przeszkodę godną wytrwałego podróżnika natrafiliśmy dopiero na przejściu granicznym.
Kolejka liczyła sobie już kilkadziesiąt aut i rosła w oczach. Nastawiliśmy się na dwie godziny czekania. Skończyło się na sześciu. Zawinił nie kto inny, a celnicy z Polski. Ci ukraińscy to bezczelni łapówkarze ale przynajmniej za tych 5 czy 10 hrywien każdemu dadzą spokój, demokratycznie. Nasza celnicza arystokracja ma chyba wyższe stawki bo poza polską kolejką przemykały się tylko samochody duże, czarne i klasy S. Reszta z nas stała i przeklinała przez zaciśnięte zęby. Kontrole ciągneły się w nieskończoność. Opukiwanie karoserii, oglądanie zawartości toreb, macanie kół zapasowych. Wszystko po to, by znaleźć nadprogramową paczkę papierosów czy butelkę wódki, podczas gdy obok, w autach zawodowych przemytników z układami i znajomościami płynie wartka rzeka alkoholu i nikotyny. Na szkodę pana, pani, społeczeństwa.
Celnik, który kontrolował nasz samochód zaczął dopytywać się o zawartość zaległych w bagażniku plecaków. Na moje zapewnienia, że skoro przeszły kontrolę na kijowskim lotnisku to pewnie sprostają również wymaganiom naszych pograniczników rzucił: “Nie wiadomo, tu jest prawo, tam jest Ukraina, dziki kraj.”. Swego nie znacie, cudze ganicie. Prawda jest taka, że na żadnej granicy nie staliśmy tak długo jak na ukraińsko-polskiej a więcej uprzejmości zaznać można od celników chińskich niż od dzielnych obrońców naszego pogranicza.
Na szczęście to koszmarne pierwsze wrażenie udało się już zatrzeć. Były łzy na powitanie, było niewiarygodnie pyszne jedzenie, mocne słodkie domowe wino. Szumi nam od niego w głowie, ale nie tylko od niego. Jesteśmy skołowani karuzelą wrażeń, kręcimy się w wirze wspomnień, nie wiemy gdzie się podziać, nosi nas po kątach. Po pięciu miesiącach i sześciu dniach w ciągłym ruchu trudno jest się nagle zatrzymać…

Marzec 11th, 2010 at 20:38
Twarde lądowanie…. w Jarosławiu to jeszcze jakoś dacie radę – gorzej jak wrócicie do Wrocławia, który pewnie się kojarzy wam z czymś takim jak praca :)
Marzec 11th, 2010 at 23:15
welcome home!!!!!!!!!!!!!
Kiedy zawitacie do wro?
pozdrawiam
Marzec 12th, 2010 at 10:58
a hoj przygodo! w koncu wrociliscie do szarej rzeczywistosci :(
Marzec 12th, 2010 at 18:33
ja protestuje przeciwko takiej rzeczywistosci! szaro, brudno i zimno…brrrrr
Marzec 13th, 2010 at 01:52
Co za jazda, ile doświadczeń, ludzi, widoków, wspomnień, smaków, zapachów… To gdzie teraz ;)?
Marzec 13th, 2010 at 07:35
According to my own exploration, millions of people on our planet get the mortgage loans at different creditors. So, there’s good chances to get a short term loan in all countries.