8.03 Gdzie kończy się Azja?
Marzec 10th, 2010 by admin
I po czym poznać, że to już Europa? Może po zmianie temperatur? Choć Pekin robił wszystko co w jego mocy, żeby oszczędzić nam szoku termicznego, ukraiński mróz i tak daje nam się nieco we znaki. A może po tym, że dopiero co zapijaliśmy pożegnalne uliczne szaszłyki najtańszym chińskim winem a dziś w głowie nam barszcze i pierogi? Czy może po tym, że dopiero co nie mogliśmy się opędzić od natrętnych spojrzeń skośnych oczu w Pekinie, a już ignorują nas obojętne spojrzenia spod futrzanych czapek w Kijowie? Ja, jak kilka miesięcy temu Indie tak i teraz Europę najmocniej czuję nosem. W zapachu kminkowego ukraińskiego chleba, w kieliszku koniaku wychylonym z ulicznym sprzedawcą pamiątek, w woni cerkiewnych kadzideł, zupełnie innej niż ta w buddyjskich pagodach.
Jednak tam naprawdę trudno dostrzec granice. Nie ma gwałtownej zmiany klimatu, nie ma szoku kulturowego. Na lotnisku w Moskwie tłum jest jeszcze przemieszany. Chińczycy, Mongołowie, Europejczycy. W samolocie do Kijowa siedzimy obok Hindusa, który z zazdrością zerka na nasz obiad. Gdy wszyscy przeżuwają standardowego kurczaka z ryżem my raczymy się kawiorem, łososiem, owocami. Wszystko dzięki temu, że jeszcze kilka tygodni wcześniej, kupując bilety w internecie wybraliśmy sobie nieco niestandardowe dania, które zjemy na pokładzie. Ewa – posiłek koszerny, ja – muzułmański. Dzięki temu jesteśmy obsługiwani w pierwszej kolejności i dostajemy lepsze jedzenie niż inni. Nie wiemy czemu, tak po prostu jest.
Zatem jesteśmy w Kijowie – mieście, które sprawia koszmarne pierwsze wrażenie. Szarość, błoto, beton. Wszędzie wokół blokowiska i dymiące kominy. Ale nie warto się zniechęcać – nasz gospodarz, Sergii z serwisu couch surfing, pokazał nam piękniejsze oblicze stolicy Ukrainy. Zabytkowe kamienice, kapiące złotem cerkwie, brukowane ulice. Ludzie opatuleni w skóry i kożuchy, kobiety w puszystych futrach, na wysokich obcasach. Tradycyjny postsowiecki kicz i bałagan idzie w parze z dynamicznym rozwojem – w oczach rośnie stadion narodowy, ulicami przemykają błyszczące limuzyny. Nie zabawimy tu jednak długo. Jutro wieczorem wsiadamy w pociąg do Lwowa. To ostatni przystanek przed powrotem do domu.
Posted in Wieści z drogi | Comments (3)
7.03 Nie do przeskoczenia
Marzec 8th, 2010 by admin
Dotarliśmy do mety. Dalej, tym razem, się nie da. Na drodze stanął nam mur. Nie byle ściana ale światowej klasy zabytek. Jest ich kilka na świecie – mur berliński, ściana płaczu. Ale chyba żaden nie zyskał takiej sławy jak ten największy, najbardziej spektakularny, po prostu naj. Wielki mur chiński.
A najlepsze jest to, że coś takiego jak chiński mur zwyczajnie nie istnieje. Nie ma jednej, wijącej się setkami kilometrów ściany odgradzającego cywilizację wschodu od dziczy z zachodu. Są fragmenty, skrawki, kilkukilometrowe kawałki. Niektóre odrestaurowane, inne od wieków nie tknięte i tym samym mniej spektakularne ale bardziej autentyczne. Pełen wybór.
W zasięgu jednodniowej wycieczki z Pekinu jest kilka fragmentów. Który odwiedzić zdecydowaliśmy na czuja i wiele wskazuje na to, że wczuliśmy dobrze. Po przesadnie długiej (jak wszystkie w stolicy Chin) podróży autobusem i 10-cio minutowej przejażdżce taksówką, uiściwszy opłatę za bilet wstępu zaczęliśmy wspinaczkę. Bo zwiedzanie tego fragmentu muru to nie byle spacerek a prawdziwe wyzwanie. Projektanci sprzed wieków, nie zważając na koszta swoje kreski powiedli przez same szczyty gór, najbardziej stromymi zboczami. Właśnie dlatego w miejscu w którym go zwiedzaliśmy chiński mur był nie tyle ścianą co onieśmielająco długimi i stromymi schodami. Na szczęście wbrew ostrzeżeniom przewodnika nie musieliśmy przeciskać się przez gąszcz turystów, owszem było ich trochę w dolnych partiach ale im wyżej tym luźniej. Zrobienie całej rundki zajęło nam 2 godziny. Zakwasy towarzyszyły nam przez kolejne 2 dni. Wspomnienia zostaną na całe życie.
Zatem meta. Po wielu miesiącach parcia na wschód robimy w tył zwrot i ruszamy na zachód, do domu. Na podsumowania przyjdzie czas, przed nami jeszcze dzika Ukraina, mroźny Kijów, historycznie naznaczony Lwów. Na razie wiemy tyle: w tej chwili czujemy się mniej więcej tak, jak zaraz po zjedzeniu Big Maca w McDonalds. Mamy cholerną ochotę na następnego.
Posted in Wieści z drogi | Comments (1)
5.03. Twierdza Pekin
Marzec 5th, 2010 by admin
Nie wiemy kiedy wjechaliśmy w Pekinu. Z okien pociągu ciężko wypatrzeć kiedy kończą się przedmieścia i zaczyna się miasto. Wokół szarość, bezlistne drzewa obwieszone łopocącymi na wietrze foliowymi workami, skute lodem stawy, gruzowiska. Spodziewaliśmy się wielometrowych wieżowców, oszałamiającej panoramy wyłaniającej się z za horyzontu. Nic z tego. Na centralną stację kolejową wjechaliśmy bez fanfar.
Przy pierwszym spotkaniu miasto przypomina nieumiejętnie przyrządzone jajko sadzone. Rozlane po całej patelni, gdzieniegdzie nie ścięte, tu i tam przypalone. W dodatku rozlało się żółtko. Nie zauważyliśmy jednego centrum, dojście z jednego ciekawego miejsca do drugiego zajmuje wieki, bez skutera czy samochodu jest to bardzo męczące. Jest metro, są autobusy ale tak przywykliśmy do chodzenia piechotą, że zwyczajnie nie możemy się powstrzymać.
Trafiliśmy tu w ciekawym momencie – właśnie zaczęły się obrady Komunistycznej Partii Chin. Pewnie dlatego ulice wyglądają jak wyjęte z gry komputerowej ustawionej na najwyższy poziom trudności. Policja jest wszędzie, pomaga jej wojsko i oddziały specjalne. Najgęściej jest wokół placu Niebiańskiego Spokoju gdzie zielone i czarne mundury mija się na każdym kroku (aby wejść na sam plan trzeba przejść kontrolę osobistą i oddać bagaże do przeskanowania.) Ale i kilka przecznic dalej nie trudno natknąć się na maszerujących paradnym krokiem wojskowych, zablokowane ulice, agentów SWAT patrolujących chodniki z karabinami maszynowymi w pogotowiu.
To wszystko nie oznacza jednak, że nam się tu nie podoba. Wręcz przeciwnie. Pospacerowaliśmy szerokimi, czystymi ulicami pogryzając prażone kasztany, zjedliśmy za drogie nudle w osiedlowej restauracji (z naszych pierwszych obserwacji wynika, że jest tu 3 razy drożej, niż w innych chińskich miastach, które odwiedziliśmy), kupiliśmy po śmiesznie taniej książce w kilkupiętrowej księgarni. Przed zgiełkiem ulicy uciekliśmy do Zakazanego Miasta – pradawnej siedziby chińskich cesarzy. Kompleks utrzymanych w świetnym stanie starochińskich budynków zajmuje powierzchnię, która dała by w kość najbardziej wytrwałym chodziarzom. Ale chodzić warto – pełne cyprysów ogrody, pełne wiekowych mebli komnaty i…pełno turystów. Nic zresztą dziwnego – to jedno z najbardziej imponujących miejsc jakie widzieliśmy w Azji. Ciekawe czy to samo będziemy mogli powiedzieć jutro o Chińskim Murze.
Posted in Wieści z drogi | Comments (1)
3.03 Małe też piękne
Marzec 4th, 2010 by admin
Do Pingyao dotarliśmy wczesnym rankiem. Krajobraz zupełnie inny niż ten, do którego przyzywczaiły nas Chiny – z wielkomiejskigo zmienił się w prowincjonalny. Może liczba mieszkańców nie przekraczająca 500 tyś to według tutejszych standardów zbyt mało by zasługiwało na uwagę? Może stąd dworzec podobny tysiącom zasnutych pajęczynami stacyjek PKP, ulice pełne dziur zupełnie jak u nas gdy stopnieje śnieg, brudne kamienice, kurz i brud.
Prosto z wagonu pobiegliśmy po bilety na pociąg do stolicy. Uzbrojeni w cierpliwość, kuląc się z zimna stanęliśmy w długiej kolejce. Gdy kilkanaście minut później prawie się doczekaliśmy, spotkała nas chińska niespodzianka. Już pukaliśmy w szybkę, już zakreślaliśmy właściwe zdania w “rozmówkach mandaryńskich” gdy kasjerka bez słowa wstała z krzesełka, odwróciła się na pięcie i zasiadała…dwa okienka dalej. Nowa kolejka ustawiła się byłskawicznie a my, zdezorientowani, trafiliśmy na sam jej koniec. Dlaczego? Po co? Jakim prawem? Nie wiemy. Bariera językowa nie pozwoliła nam walczyć o swoje więc pokornie, po raz kolejny czekaliśmy na swoją kolej. Gdy wreszcie nadeszła, spotkał nas kolejny zawód – bilety do Pekinu się skończyły.
Zmęczeni niezbyt wygodną nocą w pociągu odpuściliśmy sobie długi spacer do hostelu i daliśmy się zgarnąć rikszarzowi na przejażdżkę mrożącą nie tyle krew w żyłach co uszy i nosy. Ogrzała nas nieco wiadomość, że przejażdżkę darmową bo w ramach bezpłatnego transportu gwarantowanego przez guesthouse, w którym juz kilka dni wcześniej postanowilismy się zatrzymać. (Niestety w Pingyao nie znaleźliśmy kanapy do surfowania). Na miejscu, po wizycie w 2 drogich pokojach zdecydowaliśmy się na trzeci, o połowę tańszy i równie urokliwy.
Harmony Guesthouse, w którym nocujemy to odrestaurowany przeszło 300 letni, drewniany dom z pięknym brukowanym podwórkiem i barwnymi szybkami w oknach. Całość idealnie wpasowuje sie w klimat Pingyao – schowanego za wysokimi murami obronnymi gąszczu wąskich uliczek, szarych, ceglanych domków, pięknie zdobionych świątyń. Kilka pobliskich przecznic to typowe turystyczne getto ale wystarczy oddalić się o parę kroków a ulice zapełniają się tutejszymi. Ktoś gotuje obiad na polowej kuchni, ktoś goni osła, który zerwał się ze sznurka, ktoś szykuje wieńce na jakąś, nie wiadomo smutną czy radosną uroczystość. Spacer po mieście przypomina wizytę w muzeum z tą różnicą, że tu wciąż cicho tętni życie.
Niestety nie mamy ani czasu ani funduszy na intensywne zwiedzanie. Pstryknęliśmy więc kilka zdjęć, zjedliśmy słodko kwaśną wieprzowinę i z książkami w dłoniach chronimy się przed zimnem pod pierzyną. Jeszcze nie w domu a już prawie jak w domu.
p.s. Dziś dotarła do nas wiadomość o śmierci Pawła Krotoskiego. Krotona znałem słabo, był raczej kumplem kumpla. Pamiętam jednak jakie wrażenie robiły na mnie opowieści o jego wyprawach. Pamiętam podróżnicze wskazówki, których udzielił mi w czasie kilku naszych przelotnych rozmów. To właśnie zapał i otwartość jego i ludzi mu podobnych pchnęła nas w drogę. Dzięki!
Posted in Wieści z drogi | Comments (0)
01.03 Na tapczanie siedzi leń…
Marzec 2nd, 2010 by admin
Chyba jednak nie leń. To, że od kilku miesięcy nie pracujemy nie znaczy, że leniuchujemy. Bądź co bądź takie podróżowanie wymaga czasami sporo wysiłku, zdolności organizacyjnych, determinacji. A zresztą nie o tym miała być mowa. W tytule od lenia bardziej istotny jest tapczan. Dlaczego? Bo oto nadszedł etap naszej wyprawy, w którym łóżka w hostach zamieniamy na kanapy, tapczany, ciepłe kąty. Gdzie? W mieszkaniach obcych ludzi. Jak? A no tak, że od kilku dni uprawiamy couch surfing.
Nie będę się rozpisywał na temat zalet i zasad działanie couch surfingu – każdy może to wklepać w google i wypróbować na własnej skórze. Ważne, że w Xian, gdzie jesteśmy od trzech dni, zamiast w hostelu nocujemy u Adama – Anglika, który mieszka tu od kilku miesięcy, uczy innych angielskiego a siebie chińskiego. W jego wielkim (i lekko mówiąc co nieco brudnym, ale darowanemu się nie zagląda…) mieszkaniu znalazł się dla nas osobny pokój, z aż nadto wygodnym łóżkiem. Jednak Adam nie tylko gości nas u siebie w domu ale oprowadza po mieście, poznaje ze swoimi znajomymi i ogólne dba o to, żebyśmy w Xian wywieźli dobre wspomnienia. I wygląda na to, że odnosi sukces.
Już Xian samo w sobie jest nie lada atrakcją. Otoczone masywnym murem miasto ściąga do siebie miliony turystów głównie za sprawą słynnej terakotowej armii, którą odwiedziliśmy wczoraj. Ale nie tylko liczące sobie ponad 2000 lat naturalnych rozmiarów figury robią tu wrażenie. Równie emocjonujące są nocne spacery po hałaśliwej, zasnutej dymem z dziesiątków ulicznych kuchni muzułmańskiej dzielnicy, obiady w obskurnych i absurdalnie tanich chińskich knajpach serwujących najlepszą chińszczyznę na świecie, zajadane na ulicy szczodrze przyprawione szaszłyki i boskie karmelizowane truskawki na patyku. A wszystko to wygląda i smakuje jeszcze lepiej, ze względu na towarzystwo, z którym spędzamy czas. Gromadka nauczycieli z tutejszych szkół językowych, z którą poznał nas Adam prowadza nas do swoich ulubionych barów z nudlami, pomaga rozszyfrować hieroglify w knajpianym menu, opowiada o życiu w Xian i wznosi kolejne toasty lekkim chińskim piwem i mocną chińską wódką.
A pora roku sprzyja tu stadnemu świętowaniu. Wczoraj bowiem przeżyliśmy czwartego w ciągu ostatnich miesięcy sylwestra. Najpierw było indyjskie Duwali, potem spędzona na jednej z wysp Tajlandii noc z 31 grudnia na 1 stycznia 2010, dwa tygodnie temu TET – chiński nowy rok obchodzony w Hanoi i wreszcie wczoraj – koniec festiwalowych obchodów sezonu wiosennego w Xian. Jeszcze nigdy nie oglądaliśmy z tak bliska takiej ilości fajerwerków. Z każdego rogu, z każdego zaułka startowały race i rakiety. Świsty, huki, wystrzały odbijały się echem między wieżowcami. Pod nogami zrobiło się czerwono od wypalonych petard a nad głowami tęczowo od rozkwitających co parę sekund na niebie sztucznych ogni. Z dymem musiały pójść tysiące Yuanów ale tu, w Chinach liczy się efekt. Ma być imponująco, ma robić wrażenie, bez względu na koszty.
My niestety z kosztami liczyć się musimy. Dlatego powoli zbliżamy się do końca trasy. Ale nie uprzedzajmy faktów, na razie cięgle podróżujemy na wschód. Dziś wieczorem wsiadamy w pociąg. Następny przystanek – Pingyao.
Posted in Wieści z drogi | Comments (0)
